Futerkowo, czyli o wspólnym życiu pod jednym dachem z futrem czarnym i białorudym
piątek, 31 października 2008
Do kota

Kocie, mądry monarcho, tajemniczy, skryty -
Czyż nasze smukłe palce, ciężkie od pierścieni
Godne są twojej czarnej i bialej słodyczy
I pyszczka z aksamitu i drogich kamieni?

Zwijasz się z dziwnym wdziękiem niby gąsienica,
Stokroć bardziej gorący niż ptak skryty w dłoni.
Twoj nos, nagość jedyna w aksamitnych licach,
Jest świeży i wilgotny niby kwiat na błoni.

Choć się mienisz od wstążek, miękki, kolorowy,
Dzikość pręży ci uszy i rozdyma chrapki,
Gdy ścigając grzechotkę zabawiasz sie w łowy
I zaciskasz na krążku swe zdobywcze łapki.

W ujarzmionej małości, w tłumionym pomruku
Odzywa się królewskość imć tygrysa - pana.
W twych lędźwiach jak sprężona moc w napiętym łuku
Śpi nieznanych rozkoszy ziemia obiecana...

Dziś wieczór, obojętny na nasze pieszczoty
Przycupnąłeś, w marzeniu pogrążony błogiem.
W twych oczach uśmiech Buddy połyskuje zloty 
Kiedy sobie przypomnisz, że sam jesteś bogiem.

Julia Delarue-Mardrus

poniedziałek, 27 października 2008
Nie wytrzymam

Mam już tego serdecznie dość. Lucek codziennie urządza koncerty pod drzwiami. Na szczęście nie bez przerwy, ale nie mogę już wytrzymać tego gromkiego AUUUUUUUUUUUMRRRRRAUUUUMRRRRMRRRAUU!, odprawianego kilkanaście razy w ciągu wieczora.

Akurat dzisiaj jestem w kiepskiej formie psychicznej. Przyznam, że parę razy pięści mi się zacisnęły (choć oczywiście w życiu nie uderzyłabym kota - raz wiele lat temu popełniłam taki błąd i żałuję do dziś), powieki i zęby też. Najpierw mamrotałam po cichu, żeby się zamknął, bo nie wytrzymam. Potem już wrzasnęłam.

Co ja mam zrobić, żeby on przestał się wydzierać pod tymi drzwiami?! Zignorować i zająć go czymś innym, kiedy wrzeszczy? Próbuję. Ale dzisiaj czuję się naprawdę bezsilna i zmaltretowana.

21:55, the_dzidka , Lucek
Link Komentarze (8) »
sobota, 25 października 2008
O Luckowym braciszku

A z Luckowym braciszkiem to było tak.

Kiedy na początku roku nagle zaczęłam straszliwie tęsknić za własnym futrem, a lepiej za dwoma; kiedy zaczęłam grzebać po forach i kocioblogach, z dziwnym ssaniem w duszy, kiedy nocami śniło mi się, że po domu biega jakiś mruczek, kiedy zaczęłam planować zakocenie...

wówczas Ciocia Małgosia poprosiła mnie o kilkudniową opiekę nad Dexterkiem. Oczywiście zgodziłam się z radością. I tak sobie pomyślałam, że to będzie dla mnie sprawdzian. Sprawdzian, czy ja rzeczywiście chcę żyć z kotem - nie na kilka dni, ale przez wiele lat - i czy pamiętam, jak to jest; czy te moje kociochciejstwo to nie jest ot tylko taki kaprysik...

I jeszcze przed przybyciem Dexia, na kocim forum, natknęłam się się na posta, umieszczonego przez znaną Wam tu Lidię1001, że są do oddania dwa kocurki z Bydgoszczy. Braciszkowie. Czarny i srebrny. Od początku są razem, już ktoś ich do siebie wziął, ale musiał oddać z powodów zdrowotnych. Teraz kotki są na tymczasie, ale opiekunka już za chwilę nie będzie mogła się nimi zajmować. Szukają więc kotkom wspólnego domu, bo są bardzo do siebie przywiązane, ogromnie się kochają i nikt nie chce ich rozdzielać.

W brodę sobie dziś pluję, że od razu nie napisałam do Lidii i nie "zarezerwowałam" sobie braciszków, z zastrzeżeniem sobie możliwości wycofania się! Ale wydawało mi się to takie nierzetelne, niepoważne...

A kiedy w dniu odjazdu Dextera uznałam, że jestem całkowicie przekonana, że chcę się zakocić, że jestem pewna - i napisałam do Lidii, że ja chętnie - otrzymałam odpowiedź, że niestety braciszkowie zostali rozdzieleni dzień wcześniej! Opiekunka nie mogła już dłużej się nimi zajmować... I "Silverek" poszedł "do ludzi"...

Strasznie żałowałam. Już zdążyłam sobie wyobrazić, jak fajnie będzie z tymi dwoma kocurkami znanymi mi ze zdjęć... Obejmującymi się czule łapiętami, podgryzającymi sobie uszy, wtulonymi w siebie podczas snu... A tu zonk!

Lidia jednak spytała, czy w tej sytuacji nie wzięłabym czarnulka, który pozostał, czyli - Lucka. Ja wprawdzie chciałam wziąć dwa koty od razu. Jednego nie. Ale... miałam odmówić? :-)) Nie wypadało :-)) Zgodziłam się na pojedynczego Lucka :-)))

Zaraz po podjęciu tej decyzji, z Lucka pojedynczego zaczęłam się strasznie cieszyć i czekać na jego przyjazd. A dalej? Wszystko już wiecie.... Kocham tego faceta nieprzytomnie :)

Silverek, nazwany Czarkiem, ma się podobno świetnie. Ja jednak do dziś żałuję, że nie ma się świetnie u mnie.

No ale gdybym miała Silverka, nie miałabym przecież Cynamonka... :-)

A może bym i miała?... :-))

22:37, the_dzidka , Lucek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 października 2008
Grubek

- miau -

Muszę przyznać uczciwie, że Grubek jest całkiem niezłym kocim towarzyszem życia. Trochę się z niego podśmiechuję (patrz ksywa "Grubek"), trochę go szczypię, kiedy Ludzidka nie widzi, ale OK, umówmy się, że spoko z niego gość. Oczywiście nie może nawet równać się z moim Bratem - niestety słabo już pamiętam mojego Brata, ale pamiętam srebrnoszare futerko tulące się do mnie w dzień i w nocy, i jego łapy obejmujące mnie podczas snu... nie wiem, co się z moim Bratem stało, bo pewnego dnia nagle zniknął, kiedy mieliśmy pół roku, a wcześniej nie rozstawaliśmy się w ogóle...

Grubek bardzo lubi się bić i gonić, i często inicjuje zabawę, i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niezły z niego zawodnik, ma fantazję. Podoba mi się też, że zachowuje dystans do Ludzidki. Ja, muszę przyznać, nie jestem taki. Lubię o poranku skoczyć z parapetu do Ludzidki na łóżko z miaukiem i położyć się obok, podstawiając do miziania. Lubię się do niej w tym łóżku przytulić na chwilę. Lubię wieczorem położyć się obok niej, gdy czyta książkę. I - czego się po męsku wstydzę - lubię przy byle okazji otrzeć się o nią, i, o zgrozo, nadstawić jej swój grzbiecik do podrapania!

To wszystko robię, oczywiście, wyłącznie dlatego, że wiem, że to sprawia przyjemność Ludzidce! I tego się wstydzę, to jest moja słabość, że mnie, kotu, zależy na ich-ludzkich przyjemnościach!!

I czasami w takich momentach łapię ironiczne spojrzenie tej rudej mamałygi, tej siroty, tego bubka, łamagi - bo on, jak wyznaje, bardzo lubi Ludzidkę - ale ani mu w głowie mizianko. Tak że jak raz na tydzień podejdzie łaskawie do niej i położy się pół metra od niej, to ona już jest cała szczęśliwa i zachowuje się jak pies! Płaszczy się przed Grubkiem i macha ogonem! Fe! Zniesmacza mnie to!

Ale uczy się facet ode mnie, co tu dużo gadać. Samych pożytecznych rzeczy. O których napiszę kiedyś tam, jak się znowu komp zwolni.

Update 23:15: A teraz Grub bezczelnie wyżera mi z miski!!!!!! Bezczelna ruda mamałyga! No, niech ja go dostanę w swoje łapy...

- miau -

POniekąd POlitycznie ;-)

Cytat z bloga niezmiernie przeze mnie lubianej Joanny Senyszyn. Lubię ją, bo, jak Jerzy Urban, równo dowala wszystkim stronom. Wpis tylko częściowo mówi o kotkach, ale uznałam za stosowne go tu zawiesić:

"Premierowski sztab piarowski nie próżnuje. Właśnie wypuścił informację o dobrym sercu Donalda Tuska. Nie ma granic ośmieszania żadnego urzędu, ani żadnego człowieka. To, co naturalne i oczywiste, podaje się jako sensację. Stara, radziecka szkoła wciąż na topie.

Na portalu Onet.pl czytamy (za serwisem tvp.info): „Premier Tusk uratował chorego kota /…/ Kazał odłowić i wyleczyć wałęsającego się po Kancelarii Prezesa Rady Ministrów kota, a organizacji, która mu w tym pomogła, przyznał w nagrodę dotację /.../ Dzikiego i wyraźnie chorego kota w Kancelarii Premiera znaleźli współpracownicy Donalda Tuska. Kot został odwieziony do siedziby Straży dla Zwierząt, gdzie przez dwa tygodnie poddawano zwierzaka leczeniu”.

Teraz premier Tusk, jak ongiś Lenin, czeka na swojego Zoszczenkę, który ten i inne przypadki opisze. Bajka „Tusk i kot” mogłaby brzmieć następująco:

Pewnego razu w Kancelarii Premiera pojawił się kot. Był głodny, wycieńczony, schorowany, przerażony. Pracownicy Tuska złapali go, ale nie mieli pojęcia, co robić. Jak zawsze w takich razach, poszli do szefa. On zawsze ma dobre pomysły i radę na wszystko. I tym razem nie było inaczej. Premier nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Długo się nie zastanawiał. Podjął męską, ale zarazem ciepłą, czułą, wręcz macierzyńską decyzję. Uratujemy kota. Natychmiast rozkazał wezwać Straż dla Zwierząt. Nie bójcie się. Czyńcie swoją powinność – powiedział Tusk. Ojczyzna zapłaci i jeszcze wynagrodzi. Słowo stało się ciałem. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Radości nie było końca. Dobrego mamy premiera – powtarzali ministrowie. Ludzki pan - roznosiło się po korytarzach Kancelarii - przecież mógł kazać kota zastrzelić."

Nauczka

Wczoraj wieczorem Lucek "zrobił" obok kuwety. Pomyślałam, że muszę wymienić żwirek, bo już bardzo wymaga wymiany. Pomyślałam, i poszłam.

Dzisiaj rano siedzę w łazience, wmaszerowuje Lucek. Od razu przypomniało mi się o kuwecie. A Lucek mija kuwetę i... pcha trąbę i całę resztę do torby ze żwirkiem. Pcha się do niej z siłą wodospadu. Od razu mnie poderwało.

No i spróbujcie teraz wyczyścić kuwetę i zmienić żwirek, walcząc jednocześnie z kotem, który usiłuje spożytkować torbę w zamiarach jednoznacznych i nie pozwala się do niej dostać!

Kamisia tylko spytała mnie potem, dlaczego nie wepchnęłam kota do drugiej kuwety?

Nie pomyślałam o tym. Ale i nie zapomnę już o zmianie żwirku. W końcu sama nie chciałabym korzystać z toalety z zepsutą spłuczką, prawda?

PS. Kamisia obcięła Luckowi pazury. Byłam przy tym, widziałam. Mam wieeeelkie oczy. Nie wiem, jak to zrobiła. Ale teraz już za każdym razem będzie to robić :-P

I jeszcze chyba o tym nie wie :-P

19:43, the_dzidka , Lucek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 października 2008
Lucenty zwariował

Od kilku(nastu) dni Lucek wieczorami siedzi pod drzwiami wejściowymi i żałośnie miauczy wniebogłosy, lub też - kiedy ja przechodząc znajdę się w pobliżu owych drzwi - błyskawicznie pojawia się przy mnie skądkolwiek i miauczy, piska, wyje, wymownie przenosząc wzrok ze mnie na drzwi i na abarot.

Wypuszczony w końcu z mieszkania, nie rzuca się jednakże jak dawniej tarzać się na lastriko, ani nie oddala się krótkim galopikiem w kierunku schodów prowadzących piętro wyżej / niżej; otóż, wypuszczony z mieszkania, włazi na wycieraczkę Sąsiadki od Cyryla, siada na niej i zaczyna Przejmujący Koncert Krótkich Miauków.

Jestem pełna przeczuć...

Lucek już dwukrotnie miał okazję wtargnąć do domu Sąsiadki i ekspolorować pachnące Kotem wnętrza - a co więcej, posyczeć sobie pyszczek w pyszczek z Cyrylem.

Obawiam się, że w tym zasmakował. I że chce kontynuować.

Zwłaszcza że dzisiaj, kiedy wypuściłam go na wiadomą wycieraczkę - zaczął wąchać próg i wydawać z siebie coś brzmiące jak:

- Siri? Siirrrriiii? Mmmmsiri? Rrrrrmrrsiriiii?

No i co, może powiecie, że on nie woła Cyryla?! :-)

22:52, the_dzidka , Lucek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 października 2008
Kolejny egzamin zdany

Koty mogą spokojnie zostawać same na dwa dni nawet bez nadzoru sąsiadki czy Cioci Kamisi :) Wprawdzie wpadła do nich w sobotę wieczorem i wrzuciła im mokre do miski, ale się okazało, że i tak niewiele tego mokrego jadły. Rąbały suche.

Tak że myślę, że taki "dozór" to raczej po to, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy się kot nie zatrzasnął w szafie, nie zaplątał w jakiś materiał, nie rozbił sobie głowy podczas zabaw i gonitw.

Nie było mnie półtorej doby (pojechałam do Poznania na pogrzeb). Myślę, że nawet trzy dni mogą koty siedzieć same, ale to już z dozorem raz dziennie.

Ale weekendy - spoko!

czwartek, 16 października 2008
Luckowe akrobacje

Pisałam już tutaj kiedyś o tym, jak Lucek zdobywa kabinę prysznicową.

Okazuje się jednak, że samo zdobywanie to jeszcze nic, pikuś mały!... Kilka dni temu Lucek rutynowo i bez kłopotów dostał się na górę kabiny. Przeszedł się dwa kroki po jej krawędzi, po czym zatrzymał się, rozejrzał dokoła - i spokojnie zaczął drapać się tylną łapą za uchem. Stojąc na pozostałych trzech łapach na krawędzi szerokości 2,5 cm.

Chwilkę potem stwierdził, że ma ochotę zawrócić - i zrobił to na tej krawędzi. Lekko się obrócił, umieścił przednie łapki pomiędzy tylnymi, a potem mocniej się obrócił i przestawił tylne za przednie.

Siedząc na klopku przypatrywałam się tym sztukom z takim zafascynowaniem, że dosłownie zapomniałam, po co tam usiadłam :-)

14:00, the_dzidka , Lucek
Link Komentarze (5) »
środa, 15 października 2008
Koty lubią gości

Kiedy ktoś do mnie przychodzi, Lucek - ten wielki bohater - ucieka i dopiero po kilku minutach przychodzi zobaczyć, kto zacz (dzisiaj np. wlazł do szafy i podczas załatwiania spraw zwiazanych z odbiorem przesyłki z Ery z trudem hamowałam śmiech, bo z szafy wystawał jedynie czarny łeb i przypatrywał się nam uważnie). Cymek przyłazi od razu, nie obcyndala się.

Ale oba koty wyraźnie lubią wizyty.

Właścicielka mieszkania, które wynajmuję, przychodzi od czasu do czasu po swoją pocztę. Nie zawraca jednak głowy mnie (prawdę mówiąc nigdy w życiu nie widziałam jej na oczy, bo wszystkie sprawy załatwiam z jej mamą), tylko otwiera sobie bramę kodem i wygarnia ze skrzynki to, co jej. Jeśli otwiera się bramę kodem,w mieszkaniu rozlega się krótki brzęczyk (informacja dla żony, że mąż wraca :-P).

No i przedwczoraj czytam sobie, koty się kotłują w sypialni, a tu nagle: brzrz! Oho, myślę sobie, pani Joanna po listy przyleciała.

I ja ci patrzę, a oba koty zgodnym truchcikiem biegną do przedpokoju, pod drzwi, siadają przed drzwiami zgodnie jeden obok drugiego, zgodnie podnoszą łebki do góry, zgodnie układają ogonki na podłodze i tak zastygają, w drzwi wpatrzone.

I zastygły w tych samych zgodnych pozach na trzy minuty (sprawdziłam na zegarku).

Szkoda, że tego aparatu nie mam. Jednak chyba przyjdzie przeprosić się z komórką...

 
1 , 2